Łysogórski Portal Kulturalno Turystyczny
Wpis Fjalennhelm – relacja niepełna z nutą refleksji, został dodany 12.10.2009 i czytany 522 razy. Ostatnia modyfikacja: 24.10.2009.

Fjalennhelm – relacja niepełna z nutą refleksji

Moce realizacji

Ile można zobaczyć, znajdując się w jednym z kilku centrów wydarzeń, które rozgrywają się w wielu miejscach i wszędzie wokół nas? Raczej niewiele… Ale jeśli porozmawia się z ludźmi, którzy w tych wydarzeniach uczestniczyli tak samo jak my, lub obserwowali je z boku, szybko zaczyna tworzyć się obraz. Wciąż niepełny, ale już obraz. Czego?

Tym razem zmagań. Starcia ludzi, umiejętności, siły ramienia i woli, starcia oręża. Obraz bitwy, która dziesiątego października miała miejsce w miejscowości Belno pod Zagnańskiem, gdzie swoją twierdzę postawił Klub Historyczny Hird z Kielc. Bitwy, w której starło się ponad stu wojowników z całej Polski.

Zjechali się w różnych celach. Aby spotkać znajomych, podobnych sobie pasjonatów, porozmawiać, wymienić doświadczenia, czasem czymś się pochwalić, napić się miodu i piwa w doborowym towarzystwie… A bitwa?

Dla jednych była celem. Dla innych przyczyną tego spotkania. W końcu warto mieć jakąś okazję, prawda? Wtedy jest jakoś łatwiej wykroić wolny czas, zorganizować wyjazd, ruszyć się z domu choćby na dwa dni, na jedną noc. Niektórzy przyjechali dzień wcześniej. Inni niemal na porę, na konkretną godzinę.

Ja dotarłem na miejsce rano, w samym dniu bitwy. Zobaczyłem grupy i grupki zapaleńców. Niektórzy dopiero co wstali, inni byli po odbytej od rana podróży. Wojownicy, łucznicy, rzemieślnicy, pasjonaci – współcześni Wikingowie i Słowianie. Od wszystkich biła niecierpliwość i radosne oczekiwanie na zmagania. Przebierali się, ubierali, sprawdzali broń, czyścili pancerze, rozmawiali, popijali miód, omawiali uzbrojenie, niedawno przeczytane książki, obejrzane filmy, urodę przechodzących dziewcząt w średniowiecznych sukniach, wiadomości historyczne… Mimo że do bitwy pozostawało kilka godzin, w powietrzu już czuć było świetną zabawę i pewne napięcie.

W końcu rozległ się dźwięk rogu i ktoś z organizatorów dał znak, że rozpoczyna się „część oficjalna”. Komisja uzbrojenia przez dobrą godzinę sprawdzała zgodność sprzętu bojowego z zasadami bezpieczeństwa i materiałami historycznymi. W długiej kolejce błyszczały pancerze, migotały miecze, topory, przemykali lekko ubrani łucznicy i łuczniczki z bezpiecznymi strzałami w rękach, zgrzytały zbroje lamelkowe, chrzęściły kolczugi, brzęczały hełmy, wybuchały salwy śmiechu, przerywające rozmowy. Tu właśnie po raz kolejny w życiu, zetknąłem się z koleżeństwem, jakie panuje pomiędzy nawet nie znającymi się pasjonatami wszelkiej maści. Komisji coś nie spodobało się w moim hełmie. Że ponoć niehistoryczny. No cóż, wyrok jest wyrok i już myślałem, że nie będzie mi dane wziąć udziału w tych zmaganiach. Jednak zanim zdążyłem dobrze uświadomić sobie tą myśl, poczułem solidne klepniecie w ramię i człowiek, którego widziałem po raz pierwszy w życiu na oczy, zaproponował że pożyczy mi swój hełm, którego i tak nie użyje, bo nie idzie do bitwy. Dlaczego nie walczył, nie wiem. Dość, że z uśmiechem i niezwykłą wśród obcych sobie ludzi życzliwością, pożyczył mi piękny hełm normański z kryzą. Wróciłem przed komisję i zostałem dopuszczony do walki. Poszedłem do grodu.

W samej twierdzy, panował szum i napięcie. Był to ciąg dalszy dozbrajania się, dociągania pasków karwaszy i zbrojnic, naciągania na dłonie pancernych rękawic, ostatnie sprawdzanie czy na mieczu nie ma niebezpiecznych zadziorów. Potem odbyła się narada wodzów drużyn, po której Zielicha uraczyła nas słodko-gorzkim jak bitwa napojem ziołowym. Wreszcie stanęliśmy w gotowości na palisadach, w bramie, wewnątrz grodziska. Nastąpiło oczekiwanie.

Krótko później, napastnicy pojawili się pod murami. Nasz Jarl wyszedł ponad bramę warowni i nastąpiła tradycyjna "wymiana uprzejmości" pomiędzy dowódcami. Nie godzi się przedstawiać drukiem, jakie słowa tam padły i o czym wzajem informowali się wodzowie. Walka musiała się odbyć.

Jednak zanim się rozpoczęła, na chwilę nad warownią zapanowała całkowita cisza. Pasjonaci to dziwny „naród.” Mimo, że nie wszyscy go znali, na prośbę jednego z wojowników, uczciliśmy minutą milczenia niedawno zmarłego kolegę. Był jednym z nas. Był jednym z tych, którzy dzielili pasję. U niego każdy z nas znalazłby zrozumienie. On nie popukałby się palcem w czoło, mówiąc „Trzeba być idiotą, żeby się tak bawić”. Nieważne, czy znaliśmy go osobiście, czy nie, czy lubiliśmy go czy nie, w takich chwilach jak bitwa, jego duch łączył się z naszym we wspólnej pasji. I choćby tylko dlatego, ta minuta pamięci należała mu się. Człowiek umiera, ale żyje pamięć. W pieśni jest nieśmiertelność. Cisza też potrafi śpiewać.

Chwilę później zewsząd posypały się strzały, zmuszając nas, obrońców, do uniesienia tarcz, a po kilku minutach usłyszeliśmy taran walący w bramę. Balkon ponad bramą zatrząsł się pod naszymi nogami.

Co działo się później, tego jeden człowiek, który trwał na swoim stanowisku, opowiedzieć nie zdoła. Taran bił deski bramy, topory biły w boczną furtkę, przed warownią rozlegały się okrzyki, klątwy, wyzwania, głosy komendy. Po jakimś czasie huk wzmógł się jeszcze, gdy brama pękła i czekający w przedsionku wojowie musieli wziąć na siebie ciężar ataku opancerzonych przeciwników. Strzały leciały ze wszystkich stron, odbijając się od naszych tarcz i rykoszetując pomiędzy nami. W końcu napastnicy zaczęli przystawiać drabiny do balkonu. Wtedy walka zawrzała już we wszystkich zewnętrznych punktach obrony. Huk i zamieszanie wzmagały się z każdą chwilą. Człowiek przygłuszony tymi głosami i czepcem pod hełmem, zasłaniającym uszy, z ograniczonym przez ów hełm polem widzenia, ruszając do walki wręcz, kiedy trzeba było wesprzeć samotnie broniącego się kompana, nie bardzo wiedział, co właściwie dzieje się wokół niego. A i na drabinie niełatwo się utrzymać, mając w jednej ręce miecz, w drugiej tarczę, osłaniając się przed ciosami obrońców i starając się dosięgnąć ich orężem. Zamieszanie, łoskot, migająca w oczach broń, wynajdowanie najdrobniejszych szczelin pomiędzy tarczą a mieczem przeciwnika, bicie własnego serca, szum stłumionego oddechu, szum w uszach, łoskot toporów i mieczy walących w tarcze i hełmy; fizycznie wyczuwalna pompowana przez serce wraz z krwią adrenalina, a w końcu moment uderzenia, zgrzytu własnego pancerza i nagłego zdziwienia. To już? Dostałem? Poległem? Mam zejść? Mam przestać walczyć? Zabrać broń, zabrać tarczę, opuścić kompana i zejść z barykady? Ehhh… A tak było przyjemnie…

Wyszedłszy z warowni, wszedłem zdyszany pomiędzy widzów. Patrzyli na bitwę szeroko otwartymi oczami. Niektórzy śmiali się, inni zdumieni pokazywali sobie atakujących i obrońców. Napastnicy przystawiali do balkonu coraz dłuższe drabiny. Brama już leżała rozbita na pojedyncze deski, furta była wyłamana. Walka trwała, coraz głośniejsza i zaciętsza, wewnątrz barbakanu… Na zewnątrz, na krawędzi amfiteatru ponad fosą, siedzieli wcześniej polegli wojowie, łuczniczki i łucznicy. W najlepszej komitywie, napastnicy wraz z obrońcami, pozdejmowali hełmy, odłożyli tarcze i patrzyli na niezwykłe widowisko, komentując, omawiając szanse, możliwości, działania pojedynczych wojowników i to, w jaki sposób sami "polegli".

„Cywile”, widzowie, którzy przyjechali tylko po to, żeby obserwować zmagania zbrojnego tłumu, zbliżali się coraz bardziej do fosy. Wchodzili w pole strzału łucznikom, przypatrując się ze zdziwieniem, rozbawieniem, fascynacją, zastanawiając się, „czy taka walka naprawdę tak wyglądała?”.

No cóż… Tu muszę zawieźć tych, którzy tak sądzą. W prawdziwej walce, ludzie ranią się nawzajem i umierają. Tu nic nikomu się nie stało.

Wszystko było wyłącznie zabawą, a ciosy hamowane. Twarde jak stal miecza zasady mówią nam, jak wolno, jak nie wolno uderzać, oraz jaki pancerz koniecznie trzeba mieć na sobie, żeby być bezpiecznym w bitwie. Obyło się bez żadnych groźnych wypadków. Wiem tylko o jednym ukruszonym strzałą zębie. Po prostu pech. Na rodzinnym spacerze w niedzielne popołudnie zdarzają się cięższe wypadki.

Starcie pod warownią nie było jedynym tego dnia. Było jeszcze drugie, w tym samym miejscu, które skończyło się znacznie szybciej, oraz bitwa w polu, w której uderzały o siebie zwarte szyki, a wojownicy szli naprzeciw siebie, aby uderzyć tarczą w tarczę. W końcu, po ponad godzinie walk, kiedy ciężko było już unieść miecz i tarczę, ponad stu współczesnych wojów stanęło w zgodnym, wspólnym kręgu na polu walki. Ze zdyszanych piersi, wzniosły się dzikie okrzyki. „Sława zwycięzcom!” krzyczano. „Sława obrońcom!” „Hańba zdrajcom!” „Sława poległym!” Przez kilka minut okrzyki triumfu i gniewu wstrząsały wilgotnymi od deszczu gałęziami brzóz. Wraz z nimi, wyrywały się z nas resztki zapału bojowego. Opadała adrenalina, przygasały oczy, przychodziło zmęczenie i spokojniejszy już uśmiech…

.......................................

Czy jestem idiotą? Czy fakt, że zakładam na siebie pancerz jakiego od wieków nikt nie używa, biorę do rąk tarczę i topór, po czym z uśmiechem na ustach idę „walić kumpli żelastwem po łbach” i narażać się na takie samo walenie w mój zakuty łeb, kwalifikuje mnie do leczenia psychiatrycznego? Miewałem po walkach rany na rękach, potłuczone palce, obite żebra, guzy na głowie, zdarzyło się kilka dni kuleć po kontuzji kolana, które zetknęło się z mieczem. Nie raz przypadkowo raniłem kumpli, dobrych kompanów. I po raz kolejny poszedłem walczyć. Dlaczego? Dlaczego narażam siebie i innych?

Doświadczyłem koleżeństwa. Życzliwości obcego mi człowieka. Zagrała we mnie adrenalina. Poczułem zapał i radość. Rozruszałem się i byłem zmęczony, jak po dobrym meczu piłkarskim. Byłem w grupie cieszących się ludzi. Rozmawiałem z nimi. W prostych, zupełnie potocznie prowadzonych rozmowach, przekazano mi wiedzę o historii, której nie znajdę w żadnym szkolnym podręczniku, której zdobycie normalnie wymaga pracochłonnych studiów. Dzieliłem się własną wiedzą. Pomagałem komuś i ktoś pomagał mnie. Choćby zdjąć z siebie zapoconą, ciężką przeszywanicę. Spotkałem, zupełnie niespodziewanie, dawno nie widzianego znajomego.

Po bitwie, poczułem krzepki uścisk dłoni, przy którym usłyszałem słowa „Dobre starcie. Dziękuję”. Napiłem się miodu i śmiałem się w doborowej kompanii. Zjadłem michę dobrego bigosu. Nieco zmoczył mnie deszczyk. Żegnając się przed wyjazdem, poczułem i odwzajemniłem wiele serdecznych uścisków i uśmiechów. Wszystko to w jedno popołudnie.

Czy rzeczywiście jestem idiotą? Czy wszyscy nimi jesteśmy?

Wszystkie fotografie zamieszczone w artykule pochodzą z podanych niżej żródeł: "Drużyna Grodu Horodna"; Galeria Valgarda
Źródła własne, strona Drużyny Grodu Horodna, galeria Picassa web Valgarda

autor: Tomek Świątkowski, artykuł dodany przez:Hanka Świątkowska
©:Tomek Świątkowski Wszelkie prawa zastrzeżone

Obecnie online jest 4 gości.
(nigdzie) nie ma nikogo zalogowanego. Zaloguj się
Serwis Społecznościowy Milaparila
inicjatywa: ODNOWICA, wsparcie finansowe: FIO, projekt/wykonanie: Jastrząb, silnik: PostNuke. Licencje: GNU, CC, © autora.